Matka Kolumba
Wtorek, 18 grudnia 2018 r. imieniny: Bogusława, Gracjana, Laury | Wtorek III tygodnia adwentu

OKRUSZYNA

Jeździec Apokalipsy: św. Wincenty Ferreriusz

Jak wygląda jeździec Apokalipsy? Czy faktycznie jeździ na koniu? Czy może jest jakimś dziwnym, napisanym kilka tysięcy lat temu kalendarzem, który urywając się 21 grudnia 2012 głosi w tym właśnie dniu koniec świata? A może jest człowiekiem ubranym w biały, dominikański habit, który pieszo przemierza Europę i wzywa do nawrócenia? Co więcej – pozostawia przykład swojego życia i słowa, które po upływie prawie 600 lat są nadal aktualne. Jedno jest pewne – prawdziwy jeździec Apokalipsy głosi Miłość i Miłosierdzie Boże, jest łagodny – wprowadza pokój i dobro, a nie strach i zamęt. W historii był taki człowiek – dominikanin, który otrzymał zadanie przygotowania świata na powtórne przyjście Chrystusa.
Wincenty Ferreriusz urodził się 23 stycznia 1350 r. jako czwarte dziecko Williama Ferreriusza i Konstancji Miguel. Jego rodzice jeszcze przed narodzinami doświadczyli, że ich kolejne dziecko będzie kimś niezwykłym. Konstancja będąc w ciąży, w czasie jednego ze spacerów po rodzinnej Walencji, spotkała niewidomą kobietę. Ta krzyknęła do mamy św. Wincentego: „O szczęśliwa kobieto! Nosisz pod sercem anioła, który kiedyś przywróci mi wzrok.” Kiedy chłopiec przyszedł na świat, rodzice uważnie obserwowali jego rozwój. Od kołyski widoczna było w jego życiu działanie łaski Bożej. Był bardzo zdolny – już w wieku 14 lat ukończył trudne studia filozoficzne i rozpoczął studiowanie teologii. Rodzice widzieli już w nim przyszłego biskupa lub kardynała. On jednak odczuwał w swoim sercu wezwanie, by porzucić wszystko i pójść za Chrystusem. Posłuszny temu głosowi w 1367 r. wstąpił do Zakonu Dominikanów. Rok nowicjatu był czasem wzmożonej pracy nad sobą – wzorem św. Dominika oddawał się surowym umartwieniom i pokucie. Nękany był też licznymi pokusami – każdą odpierał dzięki wytrwałej modlitwie. Ponadto musiał stawić czoła łzom matki, która błagała go, by zamiast kaznodzieją – żebrakiem został księdzem diecezjalnym. Pokonawszy wszystkie te przeciwności złożył swoje śluby zakonne w 1368 r. Wtedy też został posłany na dalsze studia teologiczne do Tarragony. Po dwóch latach został mianowany przez Kapitułę lektorem filozofii w Leridzie. Tę funkcję pełnił przez trzy lata. Kolejnym etapem rozwijania intelektu były studia w Barcelonie, gdzie zgłębiał swoją wiedzę na temat Pisma Świętego i uczył się języka hebrajskiego. Podczas jego pobytu w Barcelonie nawiedziła to miasto klęska głodu. Towarzysząc ludziom w ich doświadczeniach brat Wincenty zorganizował procesję, by modlić się o Boże miłosierdzie. Po zakończeniu procesji wygłosił kazanie do zgromadzonych na jednym z głównych placów miasta wiernych. Gdy przemawiał, ogarnął go duch prorocki – przepowiedział, że przed zapadnięciem zmroku do portu przypłyną statki z Flandrii, które będą wypełnione zbożem. Po powrocie do klasztoru otrzymał od swojego przełożonego nakaz, by na przyszłość wystrzegał się podobnych proroctw w czasie kazania. Z nadejściem nocy do bram klasztoru przybył jednak tłum ludzi. Chcieli podziękować kaznodziei, którego proroctwo spełniło się – statki flandryjskie faktycznie przypłynęły oddalając od mieszkańców Barcelony widmo głodu.
W 1377 r. został przeniesiony do Tuluzy. Tam wytrwale łączył modlitwę z pracą. Z Tuluzy został przeniesiony w 1379 r. do Barcelony i dalej, jeszcze w tym samym roku do Walencji. Tam został wybrany przeorem miejscowego konwentu. Wskutek konfliktu z władzami miasta, zrezygnował z pełnienia obowiązków przełożonego. Pozostał jednak w Walencji. W 1385 r. objął funkcję wykładowcy teologii na Uniwersytecie w Walencji. Pracę tę kontynuował przez kolejne 5 lat. W międzyczasie głosił liczne kazania – szczególnie chętnie powierzano mu głoszenie kazań w czasie Wielkiego Postu. W tym czasie Wincenty odkrył w sobie dar nawracania Żydów. Kiedy głosił kazania w Valadolid tamtejszy rabin, bardzo pobożny i uczony człowiek przysłuchiwał się im. Po wysłuchaniu stwierdził, że chociaż poświęcił studiowaniu Starego Prawa całe swoje życie, to ten kaznodzieja w białym habicie rozumie wszystko znacznie lepiej. Postanowił przyjąć chrześcijaństwo – jak się później okazało, Pan Bóg wyznaczył mu ważne zadanie w Kościele – został Biskupem Kartaginy.
Okres pobytu św. Wincentego Ferreriusza w Walencji i kilka kolejnych lat jego życia to czas, który był bardzo trudny dla Kościoła Powszechnego. Trwała bowiem wtedy tzw. schizma zachodnia. Część kardynałów zapomniała, że ich powołaniem jest służyć. Zaślepieni rządzą władzy postanowili wybrać papieża, który mógłby im pomóc w realizacji tego celu. Koniecznie chcieli, by papież rezydował w Awignonie – stamtąd bowiem byłoby im łatwiej nim manipulować. Doszło więc do podwójnego konklawe – najpierw wybrano na papieża Urbana IV, który rezydował w Rzymie. Kiedy nowy papież nie chciał ulec naciskom kardynałów, ci ogłosili (bezpodstawnie) że wybór jest nieważny i wybrali antypapieża – Klemensa VII, którego rezydencją stał się Awignon. Po śmierci Klemensa VII wybrano kolejnego antypapieża – przyjął on imię Benedykta XIII. Taka postawa pasterzy Kościoła spowodowała duże zamieszanie – ludzie nie wiedzieli, którego papieża mają słuchać. Dotyczyło to także tych, których Kościół później ogłosił świętymi – w obronie Urbana IV stanęła św. Katarzyna ze Sieny. Natomiast Benedykt XIII poprosił św. Wincentego, by ten stał się jego spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Wincenty zgodził się na to. Sumienie nie dawało mu jednak spokoju – w głębi serca czuł, że stanął po złej stronie. Próbował przekonać Benedykta XIII, aby ustąpił z urzędu dla dobra Kościoła. Starania te były jednak bezskuteczne. Coraz silniejszy niepokój serca sprawił, że św. Wincenty zachorował. Trawiła go bardzo wysoka gorączka, której nie potrafiły obniżyć żadne znane sposoby – wszyscy myśleli, że zbliża się kres życia Wincentego. Po dwunastu dniach choroby św. Wincentego spotkała niezwykła łaska. Zobaczył Chrystusa, Światło świata, otoczonego mnóstwem aniołów i świętych. Chrystus powiedział mu że wyzdrowieje, ale ma opuścić dwór Benedykta XIII. Od tej pory ma być specjalnym głosicielem Ewangelii – ma głosić rychłe nadejście Dnia Ostatecznego i wzywać ludzi do nawrócenia. Wincenty. Cudownie wyleczony z choroby, podjął się tego zadania. W wieku 41 lat zostawił wszystko, by stać się Apostołem Sądu Ostatecznego.
Od tej pory święty Wincenty chodził od miasta do miasta, od wioski do wioski. Przed wejściem do kolejnego miejsca, klękał i gorąco modlił się o Światło Ducha Świętego dla siebie i o otwarcie się serc tych, do których będzie przemawiał. Mówił z ogromną mocą – na czas jego kazań zamykano uniwersytety, sklepy – w miastach brakowało placu, by pomieścić wszystkich, którzy chcieli go słuchać. Zapytany, skąd czerpie te wszystkie wzniosłe myśli do swoich kazań, wskazał na krzyż i powiedział: „To jest Księga, z której nauczyłem się tego wszystkiego, co głoszę, z której uczę się swoich kazań.” Swoje słowa kierował do całych grup, ale trafiał także do pojedynczych ludzi. Kiedy pewnego dnia dotarł na Majorkę, spotkał tam pewnego karczmarza. Ten żalił mu się, że jego klienci wzięli wino na kredyt i teraz odmawiają zwrotu długu. Poprosił św. Wincentego, by ten wygłosił kazanie mówiące o tym, że niedobrze jest przetrzymywać własność bliźniego. Wincenty wiedział, że sam karczmarz jest nieuczciwy – dolewa wodę do sprzedawanego wina. Dlatego też zgodził się spełnić prośbę karczmarza pod jednym warunkiem. Poprosił go, by wylał sprzedawane wino na jego biały szkaplerz. Karczmarz nic nie przeczuwając zaprotestował – stwierdził, że szkaplerz zniszczy się i będzie już nie do użytku. Wincenty jednak nalegał, mówiąc, że zniszczony szkaplerz to będzie jego problem. W końcu karczmarz zgodził się. Kiedy jednak przechylił butelkę, by wylać jej zawartość na szkaplerz Wincentego, zobaczył, że wino leci na ziemię, natomiast na szkaplerz wylewa się dolana przez karczmarza woda. Ten cud sprawił, że nawrócił się i stał się wiernym uczniem Wincentego.
Bardzo dużą wagę Święty Wincenty przykładał do wytrwania w podjętej decyzji nawrócenia. Powtarzał często, że najbardziej martwi go, by miasta, w których głosił Słowo Boże, nie stały się jak Niniwa, która nawróciła się pod wpływem słów Jonasza, ale później szybko wróciła do dawnego stylu życia. W swoich kazaniach mówił, że: „Wiara bez posłuszeństwa nie ustrzeże człowieka. Żaden bowiem król czy pan nie były zadowolony z wiary poddanych nie popartej posłuszeństwem. Z tego powodu Chrystus przyjdzie do miasta tego świata nie jako sługa czy towarzysz, ale jako Pan z wieloma żołnierzami, ponieważ w tym dniu niebiosa staną się puste.”
Misja głoszenia Słowa Bożego i bliskiego nadejścia królestwa niebieskiego trwała aż do śmierci św. Wincentego w 1419 r. Pomimo tego, że od czasu jego śmierci upłynęły setki lat, jego orędzie pozostaje nadal aktualne. Nie jest ważne, kiedy będzie koniec świata – my jako chrześcijanie mamy być po prostu na to gotowi. Adwent jest takim szczególnym czasem, kiedy staramy się uświadomić sobie tę prawdę. To czas, w którym naprawdę możemy odczuć tęsknotę za za Królestwem Bożym, w którym wołanie „przyjdź, Panie Jezu” jest szczerym błaganiem, a nie kolejnym okrzykiem, wywołującym paniczny strach.
Spróbujmy więc w tym czasie tak zaufać Panu Bogu, by nie towarzyszył nam lęk. Skierujmy nasze serca ku Niemu, byśmy po naszej śmierci, czy też w Dniu Sądu, zostali zaproszeni, by uczestniczyć w tym, o czym pisze święty Paweł: „…ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” /1 Kor 2,9/.

                                                                                                                                        Siostra Kazimiera

odsłon: 1393 | aktualizowano: 2012-11-28 09:38 |

Zgromadzenie Sióstr
św. Dominika

Al. Kasztanowa 36, 30-227 Kraków tel. (0-12) 4252405
domgen@dominikanki.pl

© 2010 - 2018 - Wszelkie Prawa Zastrzeżone